Alleycaty

Alleypiast Charakterystyczny(ch)

Piastów, 27.11.2005

» Alleypiast Charakterystyczny(ch), czyli jak hartowała się stal (relacja Zerozerosevena)

Czy wiecie co to jest LARP? Ludzie coraz częściej zamiast ślęczeć przed szachownicą, planszą czy kolejną grą na pececie, ruszają w teren. Zamiast mechanicznie poruszać wyimaginowanymi ludzikami sami chcą poznać na własnej skórze, co to jest zimno, zmęczenie, lub ciemność cmentarza o dwunastej w nocy. Pragną sprawdzić jak działają ich szare komórki, gdy ich krwiobieg zalewa fala adrenaliny. Nie dla nich ciepłe kapcie i świadomość, że zawsze można przerwać grę, pójść do kuchni, zrobić sobie herbaty, nakarmić kota. To jest właśnie LARP. No... może trochę przesadzam... faktycznie LARPy, mają w chwili obecnej zasięg ograniczony do miłośników fantasy raczej i funkcjonują w takich właśnie klimatach. Wróżę jednak temu ruchowi sporą przyszłość jeśli otrząśnie się z obecnej, magiczno-fantastycznej otoczki. Dla mnie przykładem LARPa (prawie) idealnego i zaczynem Nowej Ery jest zakończony właśnie Alleypiast Charakterystyczny(ch). Była przygoda, cierpienie, walka dobra ze złem, nieoczekiwane zwroty akcji i wszystko to w zaledwie 3,5 godziny, A oto, co się działo:

Start zawodników wyznaczony został na godz. 20.00. Tradycyjnie jednak, nieliczna, bo tym razem tylko 9-cio osobowa grupka (ech - znowu punktów do Nagrody Prezesa nie ma...) musiała czekać na sygnał do walki aż do 20.45. Nawet dobrze się stało, bo była okazja zamienić kilka słów ze znajomymi, tak więc czas mijał szybko. Po rzuceniu okiem na manifest, pomyślałem sobie: "Rutynka". Pięć czy sześć łatwych punktów rozstrzelonych w rejonie: Pęcice, Pruszków, Komorów oszacowałem na jakąś godzinę jazdy wolnym tempem. O jakże się myliłem ja nieszczęsny.
Początkowo chciałem jechać sam. Zacząłem więc obmyślać jakiś przebiegły sposób na urwanie reszty stawki już na starcie. Bardziej dogłębna analiza trasy utwierdziła mnie jednak w przekonaniu, że wszyscy będziemy musieli poruszać się raczej liniowo, przynajmniej więc na samym początku pojedziemy grupą w tym samym kierunku. Tak też się stało. Na sygnał ruszyliśmy do pierwszego punktu zlokalizowanego w charakterystycznym budynku z czerwonej cegły (dawna SP nr 3) na ul. Broniewskiego.

(No i tutaj pewna dygresja, z której pewnie będzie się śmiało całe TCP, a zwłaszcza tow. Inżynier. Otóż, już po 300 metrach zorientowałem się, że wszyscy rywale znajdują się 25 metrów za mną, a przewaga szybko rośnie. Przysięgam. Nie dawałem z siebie wszystkiego. Może jakieś 3, co najwyżej. Niestety chyba znowu okazało się że moja życiowa forma przyszła w listopadzie...:D

Na pierwszym punkcie "w domu, w którym straszy" lekko się zaniepokoiłem ponieważ znaleziona karteczka mówiła: "2. dalej prosto", Hmm... coś mi zaczęło świtać, że nie będzie łatwo trafić do mety. Aha, zapomniałem dodać, że na manifeście o mecie nie było ani słowa :-D

Kolejna lokacja była pestką. Ul. świerkowa, i znajdująca się na niej nigdy_nie_wysychająca_kałuża to rejony, w których mieszkam. Niestety ściągnięcie kartek trwało wystarczająco długo, żeby dogonił mnie i Filipa, ogon pozostałych delikwentów. Pomyślałem wtedy, że trzeba postawić wszystko na jedną kartę i podjąć próbę ucieczki. Tym razem solidnie się przyłożyłem i po chwili zorientowałem się, że zniknął nawet Filip, który dzielnie do tej pory dotrzymywał mi tempa. Po chwili dojechałem do Jerozolimskich, no i tu pech! Rwący niczym górska rzeka sznur samochodów. A ja chciałem na drugą stronę! Wśród samochodów wkrótce pojawił się.... Filip jadący od strony Warszawy. Jak widać pisane nam było razem ukończyć tego alleya, postanowiłem więc już z tym nie walczyć. Jak się okazało decyzja była słuszna biorąc pod uwagę traumę naszych dalszych przejść.

Na przejeździe wukadki dowiedzieliśmy się, że mamy szanse zdobyć 17-minutowego bonusa czasowego na cmentarzu parafialnym w Pęcicach; decyzja co do dalszej ruty była więc prosta. Do Pęcic dotarliśmy terenem przez Tworki i dalej wzdłuż Utraty do północno-zachodniego rogu cmentarza - czyli dokładnie tam gdzie zamierzaliśmy. Z wysokich traw porastających rzekę unosiły się właśnie nocne mgły ledwie rozpraszane przez migotliwe światełka na grobach. Panowała taka cisza, że każde nasze poruszenie wydawało mi się niesamowitym hałasem. Brr... W miarę sprawnie wykonaliśmy proste zadanie (zabranie karteczki z jednego miejsca) i zorientowaliśmy się, że właśnie ucieka nam kolejny (15 minutowy) bonus czasowy - tajemniczy obiekt jaki ma przepływać pod mostem na Raszynce. Szaleńcza jazda 1,5km na most i.... faktycznie... coś płynie... i szybko się oddala. Po chwili zorientowaliśmy się, że jest to kawałek styropianu z przypiętą do niego... skarpetką. Od razu doszliśmy do wniosku, że coś musi być w tej skarpetce. Sto złotych albo chociaż jakieś cukierki. Podjęliśmy więc próbę wyłowienia obiektu. Próbę na tyle udaną, że po ok. 5 minutach biegania wzdłuż brzegu oraz przypadkowym wdepnięciu przeze mnie jedną nogą po kolano do lodowatej wody, jakoś przy pomocy patyka wyciągnęliśmy skarpetkę na brzeg. Niestety, okazała się pusta... A niech to *&$#@^&!!!
Trochę źli pojechaliśmy dalej. "Opuszczony budynek PGRu - przedłużenie Granicznej" - brzmiał opis. Żeby rozruszać zamoczoną nogę kręciłem tak zapamiętale, że przejechałem dobre 0,5 kilometra skręt do pegeerowskiej hali. Nie słyszałem nawet wołania Filipa za moimi plecami. Nadrobiony kilometr był jednak o tyle dobry, że się rozgrzałem. W końcu dotarliśmy do budynku.

Zrujnowana budowla robiła przygnębiające wrażenie. Nieprzenikniona ciemność. Snopy światła naszych latarek rozcinające powietrze ciężkie jak warstwa zestalonej magmy. Wypalone ściany, powybijane szyby. Pełno gruzu. Jakieś resztki betonowych konstrukcji. To wszystko na powierzchni co najmniej 1000m2. Jak tu cokolwiek znaleźć? W pewnej chwili dostrzegliśmy, że jedna z wielkich żelbetowych brył zdaje się żarzyć jakimś nieziemskim, różowawym blaskiem. Atmosfera zrobiła się jak z Dooma...

Okazało się, że to była tylko zapalona lampka nagrobkowa wskazująca miejsce ukrycia wiadomości. Treść była lakoniczna: "HALA, "Suchy las". Nie wiedzieliśmy jeszcze wtedy, że był to zwiastun dziwnych, a mrocznych wydarzeń, które miały wkrótce nastąpić...

Prawdopodobnie wskutek jakiegoś zbiorowego zaćmienia doszliśmy z Filipem do bezsensownego wniosku, że musimy znaleźć jakąś HALĘ w Suchym Lesie. Nie namyślając się więc specjalnie pognaliśmy ile sił w nogach z powrotem do Pęcic, a następnie prosto do Suchego Lasu. Niestety, w Suchym Lesie żadnej hali nie było. Tutaj popełniliśmy kolejny, jeszcze bardziej brzemienny w skutkach błąd, a mianowicie zaczęliśmy szukać jakiejkolwiek hali na siłę. Tak to wkrótce nasz wybór padł na stojący przy drodze, potężny, biały, niestety niczym nie ogrodzony magazyn. Nasze światła i krążenie wokół budynku obudziły oczywiście natychmiast jakiegoś brytana uwiązanego na łańcuchu przy leżącej w pobliżu zagrodzie. Kiedy stwierdziliśmy, że chyba jednak się pomyliliśmy z chaty dały się już słyszeć niewyraźne okrzyki. Z tonu wynikało jasno, że dalsze oglądanie magazynu może skończyć się opowiedzeniem nam bajki o powidłach (po widłach są dziury w plecach). Stało się dla nas oczywiste, że to jednak nie o tą halę chodziło. Oddaliliśmy się pośpiesznie w celu dalszej eksploracji Suchego Lasu nie spodziewając się jednak, że to był dopiero początek kłopotów.

Po minięciu trójki organizatorów (wtedy jeszcze myśleliśmy, że to konkurencja) kontynuowaliśmy poszukiwanie hali, zapominając całkowicie o zdarzeniu. Po 20 minutach pozbawionego wszelkich nadziei jeżdżenia po wsi postanowiliśmy ostatecznie ominąć ten punkt i skierowaliśmy się w stronę Komorowa. Niestety ujechaliśmy może 100 metrów, gdy z naprzeciwka nadjechał radiowóz rozświetlając ciemność wesołymi, niebieskimi światełkami, przypominającymi nam o zbliżającym się Bożym Narodzeniu. Rozmowa ze sceptycznie nastawionym do nas funkcjonariuszem (wcale mu się nie dziwię, biorąc pod uwagę okoliczności, niestety) rozwijała się z oporami, grzecznie, ale asertywnie i w bliżej nieokreślonym kierunku, gdy nagle powietrze przeszył pisk opon hamującego gwałtownie białego busa. Zza kierownicy wyskoczył, szczupły, krótko obcięty, szpakowaty, mniej więcej 54-letni mężczyzna. Przeładował sztucer i zameldował zdyszany: "Złapaliśmy trzech. Do tego czarownicę z Salem i kilku czarnuchów którzy kręcili się po okolicy!". Funkcjonariusz spojrzał osłupiały. W krótkich, żołnierskich słowach pożegnał się z nami i na sygnale pognał gdzieś, prawdopodobnie, aby nie dopuścić do linczu. Za nim ruszył z kopyta biały bus....

Tak, tak, racja. W powyższym opisie nieco przesadziłem. Wszystko odbyło się nieco spokojniej. Bez broni palnej. Niemniej atmosfera amerykańskiego południa z lat 50-tych jaka zapanowała w tamtym momencie wyryła niezapomniany ślad w mojej psychice chyba do końca życia...
Ruszyliśmy dalej. Przez chwilę rozważałem powrót pod nieszczęsną "halę", ale biorąc pod uwagę, że było to w sumie tylko niewinne nieporozumienie, doszedłem do wniosku, że "schwytani" dadzą sobie radę sami, zwłaszcza, że policjant wyglądał na rozsądnego. Jak się potem okazało moje przypuszczenia były słuszne i do linczu nie doszło :-)

W Komorowie emocje nam nieco opadły, chociaż incydent ciągle nie dawał nam spokoju. Stwierdziliśmy, że za nic nie chcielibyśmy znowu znaleźć się w Suchym Lesie. Szybko i bez większych problemów zlokalizowaliśmy wiadomość pozostawioną pod kościołem oraz na starej stodole na skrzyżowaniu Pęcickiej z Kasztanową. Następnie... No właśnie. Tutaj mieliśmy problem, bo o tym co dalej - manifest nie wspominał. Położyliśmy wszystkie zebrane do tej pory wiadomości na mokrej od rosy trawie i zaczęliśmy ich analizę. Po kilku próbach odkryliśmy, że w odpowiednim układzie zawierają wskazówkę co do położenia kolejnego punktu. Mówiły:"Suchy las"..."asfaltem do końca"...."dalej prosto"..."za ogrodzeniem w lewo, do końca drogi, drzewo po prawej stronie". Jęknęliśmy z Filipem szczerze i żałośnie. Czekał nas powrót do Suchego Lasu. Prosto w paszczę lwa.

Zdziwiliśmy się i uradowaliśmy gdy okazało się, że w Suchym Lesie panuje spokój. Brak radiowozu, nikt nie biega z kosą po ulicy. Kierując się wskazówkami podążyliśmy polną drogą w nieprzeniknioną ciemność. Kiedy droga się skończyła tylko intuicja powiedziała nam gdzie może być drzewo. Nasze latarki rozpraszały mgłę, która gęsto zaległa okolicę najwyżej na kilka metrów. Wreszcie stanęliśmy przy wielkim, kilkusetletnim, chyba, dębie. O pień stała oparta potężna drabina, wiodąca na coś w rodzaju platformy ukrytej pomiędzy konarami. Zszedłem z roweru i zacząłem się wdrapywać. Na szczycie powiewał biały T-shirt, a w nim...kartka A4 z informacją o lokalizacji następnego punktu...

Kiedy tak siedziałem na tym drzewie czytając kartkę, o 11 w nocy, otoczony mlecznymi oparami, które skraplały się na mojej szyi zamieniając w lodowate strużki płynące po plecach, olśniło mnie znaczenie tytułu tego wyścigu - "Charakterystyczny(ch)", czyli ludzi z charakterem. Jakoś wcześniej tego nie dostrzegłem, a teraz wydawało się to takie jasne...

Zlazłem z drzewa i ruszyliśmy z Filipem w dalszą drogę tym razem na Tworki. Trasa oczywiście, jakże by inaczej, prowadziła przez Suchy Las. Przyznam więc, że nawet się nie zdziwiłem, gdy moim oczom ukazał się znajomy radiowóz otoczony wianuszkiem rozeźlonych farmerów. Westchnąłem tylko myśląc o tym, że aby uniknąć utopienia w worku w pobliskiej Utracie, będę w końcu musiał jakoś sensownie odpowiedzieć na pytanie dlaczego jeżdżę po Suchym Lesie od 2 godzin. Było to zresztą jedno z pierwszych pytań jakie mi zadano, gdy po chwili oddałem się dobrowolnie w ręce szeryfa. "No więc..." - zacząłem niezbyt inteligentnie - "biorę udział w wyścigu. Jego uczestnicy..." i tak dalej, i tak dalej aż po 20 minutach, z pomocą Filipa wyjaśniłem na czym polega idea naszego nocnego błąkania się po okolicy. O dziwo, wyjaśnienia spotkały się raczej z zainteresowaniem i o ile można tak powiedzieć przychylnym przyjęciem większości zebranych. Jedynie żona gospodarza pozostała nieco nieufna i mówiąc eufemistycznie nalegała żebyśmy zniknęli. Wreszcie po podaniu sobie ręki z właścicielem hali, złożeniu chyba po raz czwarty przeprosin za spowodowanie zamieszania oraz odmeldowaniu się u Stróży Prawa pojechaliśmy w kierunku Tworek. Uff. Noc z młodej robiła się w wieku średnim, a końca mordęgi nie było widać.

Po drodze nieco odsadziłem Filipa, któremu 3 godziny jazdy już nieźle dały w kość. Na miejscu okazało się, że dojechałem pierwszy i że czeka na mnie dalsza, najciekawsza, jak zapewniali organizatorzy część imprezy z naprawdę odjazdowymi punktami. Początek części II jak odczytałem przy pomocy oryginalnego szyfru krokowego miał się znajdować w Michałowicach na ul. Regulskiej 46. Nogi trochę się pode mną ugięły, ale pomyślałem, że dodatkowe 40 minut jazdy nie zrobi mi żadnej różnicy bowiem deszcz padał już od pół godziny, a więc i tak byłem cały mokry. Pojechałem do Michałowic a za mną Filip. Jak się okazało na miejsce dotarłem już jednak sam - Filip zawrócił w Malichach, a nikt inny nie podjął się dalszej jazdy. Na miejscu znalazłem opis jak trafić do kolejnego punktu, ale biorąc pod uwagę późną porę o godz. 0:30 zameldowałem się z powrotem w Tworkach, gdzie skasowałem pierwszą nagrodę :- ) Po krótkiej ceremonii, w trakcie której wszyscy dygotali z zimna, pojechałem do domu. Nie myślcie jednak, że to był koniec. To znaczy, był koniec, ale tylko w tym dniu. Alley jeszcze się nie zakończył - nikt bowiem, łącznie ze mną, nie odgadł przecież miejsca mety! Pomny hasła przewodniego postanowiłem konsekwentnie zakończyć wyścig, w czym bardzo pomógł mi Grzesiek podtrzymując przez 2 dni (!) działanie punktów kontrolnych. Wybrałem się więc we wtorek przed godz. 21:00 w dalszą trasę. Nie będę jej opisywał. Mogę tylko powiedzieć, że do tej pory myślałem, że znam wszystkie ścieżki i nawet najdziwniejsze miejsca w okolicach Pruszkowa, a tu całkowite zaskoczenie - znowu magiczny punkt. Ponieważ będzie pewnie wykorzystany w którymś z kolejnych wyścigów, niech na razie pozostanie nie odkryty. Mogę Wam zdradzić tylko, że ostateczna meta alleypiasta znajdowała się tradycyjnie w Tesco.
No i to by było na tyle. Dziękuję organizatorom za dostarczenie mi świetnej zabawy i niezapomnianych wrażeń. Do zobaczenia w grudniu.

Uwaga: wszelkie opisane powyżej osoby, ich imiona a także miejsca oraz zdarzenia są moją czystą fantazją. Nie mają żadnego związku z rzeczywistością i są zupełnie przypadkowe. Żadna z osób żyjących naprawdę nie została tu opisana i nawet jeśli przypomina osobę żyjącą, jest to zbieżnością całkowicie przypadkową i niezamierzoną.

Zerozeroseven

Wybierz rok:

Wybierz miasto:

Następny alleycat odbędzie się w przyszłości...
Puchar Alleypiasta
Podsumowanie alleycatów odbywających się w danym sezonie.
Alleycat to nieformalne zawody rowerowe. W tym wyścigu bardziej liczy się spryt niż sprawność fizyczna...