Alleycaty

Alleypiast Ucieczka

Piastów, 08.10.2006

» Relacja uciekiniera Kemota

Kolejny niezapomniany niedzielny wieczór za nami. Wstydem byłoby gdyby tak udany alleycat jak dzisiejszy nie doczekał się relacji. Ponieważ nasz Nadworny Pisarz Grzesiek wcielił się tym razem w rolę (trochę sadystycznego) organizatora, "przyjemność" opisania trudów zawodników przypadła mi. Jako iż jestem wyjątkowo ścisłym umysłem pisanie tekstów dłuższych niż kilkuzdaniowe sprawia mi dużą trudność. Dlatego już na wstępie proszę o wyrozumiałe czytanie mojego debiutu pisarskiego oraz wybaczenie mi wszystkich błędów językowych, gramatycznych oraz semantycznych nadużyć ;)

Już długo przed startem zastanawiałem się jaki kolejny szalony pomysł mógł zrodzić się w inżynierskiej głowie Grześka. Co tym razem wymyślił? Czy tym razem uda się komuś zaliczyć wszystkie punkty? Czy wyścig uda mi się skończyć w niedziele, a może dopiero w poniedziałek? ;) Po mrocznym alleycacie "charakterystycznych" mogłem się spodziewać dosłownie wszystkiego. I nie zawiodłem się!

Na starcie stawiłem się z grupa pruszkowsko - brwinowskich znajomych. Od początku w planach mieliśmy wspólną jazdę. Niestety nie wszystkim z nas udało się dotrwać do końca. Na stację benzynową przybyliśmy kilkanaście minut przed 19, mimo iż byliśmy przekonani, że jak zwykle organizator "trochę" się spóźni. Spóźnienie organizatora... tak to zdecydowanie jedyna przewidywalna rzecz, w alleycatach organizowanych przez Grześka.

Zosia i Alley KotNa starcie powitała nas maskotka wyścigu - Alley Kot, którym od razu zaopiekowała się Zosia. Z czasem przy stacji robiło się coraz bardziej tłoczno. Wśród przybyszów był również człowiek, który sprowadził alleycaty do Piastowa - Jacek, niestety pojawił się jedynie w roli kibica. Kilkanaście minut po 19, przybył Organizator. Szybka rejestracja, zbiórka kasy, rozdawanie uciekających szprychówek i formalności prawie skończone. Niespodzianką były żółte papiery w postaci "Zastępczego Dowodu Tożsamości", które otrzymał każdy ze startujących. Przyszedł czas na trzymającą w napięciu opowieść wprowadzającą wszystkich w zawiłą fabułę wyścigu. Krotko można ją streścić tak: "Opiekunowie w szpitalu psychiatrycznym imprezują więc pacjenci uciekają". I to właśnie była nasza rola... uciekinierów z Tworek.

Pierwszy punkt to sklep z odzieżą używaną. Szpitalne kaftany i pidżamki trzeba zmienić na normalne ubrania. Ale te czekają na nas dopiero w polu z kapustą. Na pierwszych dwóch punktach rywalizacja wydaje się być wyrównana, mimo że różne grupy jeżdżą różnymi drogami. Karteczka znaleziona przy ubraniach informuje o kolejnych czterech punktach. Wybieramy ten znajdujący się najbliżej - w Piastowie przy Łukasińskiego 25. Tylko co oznacza napis "Grześki"? Na drodze do rozwikłania tej tajemnicy staje nam pociąg towarowy, który na kilka minut blokuje tory przez, które chcieliśmy przejść.

Po dojechaniu na podaną ulicę widzimy, mały osiedlowy "supermarkecik". Grupa desantowa w składzie: Zosia, Dyziek i ja wchodzi do środka. Rowery zostawiamy pod opieką współuciekinierów. W drzwiach mijamy innych obłąkanych wybiegających szybko ze sklepu. Szukamy Grześków. Ich znalezienie nie było taki trudne... trudniejszym zadaniem było odnalezienie wśród labiryntu sklepowych regałów drogi do wyjścia.

Na karteczkach, których pilnowały dzielne Grześki informacja o adresie - Ogińskiego... to blisko, więc bez zastanowienia jedziemy. Odnalezienie odpowiedniego bloku nie było łatwe. Na całym osiedlu widać było tylko chaotycznie błąkające się światełka uciekinierów. W jednym z budynków czekała na nas współpracowniczka o pseudonimie Michelle z nowymi dokumentami.

Z nowymi dokumentami mogliśmy bezpiecznie ruszyć do szpitala w Tworkach, aby zatrzeć tam wszystkie ślady. Nasza dobra znajomość terenu szpitala okazała się być tylko pozorem. Długo błądziliśmy w poszukiwaniu pawilonu XII. Należy podkreślić doskonałą jakość dokumentów dostarczonych nam przez Michelle. Okazały się one tak dobre, że przekonały nawet ochronę szpitala, która pomogła nam w poszukiwaniach naszego celu.

Następnym punktem na naszej drodze były komorowskie zarośla. Tylko dzięki dokładnemu opisowi organizatora Ucieczki - Cichego Zenka oraz znalezionym po drodze strzępom szpitalnych kaftanów udało nam się dotrzeć do strumyka. Po drugiej stronie widać było dwie lampki wskazujące, że jesteśmy w dobrym miejscu. Przeprawa przez niewielką rzeczkę była dużo trudniejsza niż mogłoby to się wydawać na pierwszy rzut oka. Na szczęście wśród licznej grupy uciekinierów znalazł się ochotnik. Szaleńcem okazał się Fiodor, który nie bez problemów przeprawił się przez strumyk i zabrał z drugiego brzegu potrzebne rzeczy. Nie był to jednak koniec przygód związanych z tym miejscem. Podczas powrotu próbowaliśmy jeszcze odnaleźć zbłąkanego brata w depresji. Niestety odnalezienie drogi do jego szałasu okazało się zbyt trudnym zadaniem. Pozostało więc wrócić w znane nam miejsce przechodząc przez duże betonowe ogrodzenie.

Informacja znaleziona przy strumyku zaprowadziła nas do lasu... Suchego Lasu. Próba odnalezienia leśnego schronu zajęła nam bardzo dużo czasu. Błądziliśmy kilkadziesiąt minut szukając ukrytego w krzakach światełka. Nie udało nam się, musieliśmy skontaktować się z Cichym Zenkiem, który wskazał nam kolejny cel - starą fabrykę pustaków.

Większość uciekinierów udała się od razu do fabryki, niestety część z nich została ujęta i doprowadzona z powrotem do szpitala. Ja z moją grupą musieliśmy jeszcze odwiedzić fałszerza przy ulicy Wokulskiego w Pruszkowie. Znów błądziliśmy, ale tym razem między blokami. Po jego odnalezieniu (i pamiątkowym zdjęciu) pojechaliśmy na ulicę Dolną. Drogę tę musieliśmy jednak przebyć bez Zosi i Michała, którzy kuszeni bliskością swoich domów odłączyli się od naszej grupy.

007 na zakupachFabryka przy ulicy dolnej była dla nas jednym z łatwiejszych do odnalezienia punktów. Zdobyte tam informacje zaprowadziły nas do Tesco. Do działu z walizkami udali się Beton z Dyźkiem. Ja z Pawłem zostaliśmy z rowerami. Udało nam się jeszcze odnaleźć uciekiniera Kosa. Po kilku minutach czekania w drzwiach budynku pojawiła się znajoma postać. To zerozeroseven! Szedł sobie beztrosko z uśmiechem na ustach trzymając w ręku torbę pełną zakupów. Niedługo (również z zakupami) pojawili też nasi wysłannicy. zerozeroseven wyjaśnił, nam jak dotrzeć do bezpiecznej kryjówki zwanej metą. Nasza podróż zakończyła się obok sklepu przy ulicy Sienkiewicza w Piastowie. Okazało się, że zbiec udało się 15 spośród 23 uciekinierów.

Alleycat zakończył się poczęstunkiem, rozdaniem nagród i wielkim fotografowaniem. Wszyscy zawodnicy żywo dyskutowali na temat przebytych tras, wychwalając przy tym pomysłowość Organizatora.

Na końcu tej opowieści pozostaje mi podziękować mojej ekipie: Betonowi, Zosi, Dyźkowi, Pawłowi i Michałowi oraz Grześkowi za wspaniałą organizację kolejnego wyrafinowanego, hardkorowego i maksymalnie pokręconego alleypiasta!

Kemot

Wybierz rok:

Wybierz miasto:

Następny alleycat odbędzie się w przyszłości...
Puchar Alleypiasta
Podsumowanie alleycatów odbywających się w danym sezonie.
Alleycat to nieformalne zawody rowerowe. W tym wyścigu bardziej liczy się spryt niż sprawność fizyczna...