Alleycaty

Alleypiast tropem MC

Ursus, 12.03.2008

» Relacja jubilata

Wiadomo, że lekko nie ma, zwłaszcza w 30. urodziny. Wiedziałem, że coś się kroi, wiedziałem, że będzie nocny alley, ale na tym koniec. Sama idea urodzinowego wyścigu, to pomysł mojej niezastąpionej Żony Monisi. Dokręcenie pomysłu i wykonanie to już robota ziomali: Grzesia, Jerzego, Janka, Płoszaja, Agaty i Ani (chyba nikogo nie pominąłem).

Przygotowanie do moich urodzin + urodzin mojej córki Krysi (dzień po moich urodzinach był kinderbal) to był prawdziwy maraton: wiosenne porządki, zakupy, przygotowania.... W środę o 20.00 nadawałem się już do reanimacji. A domyślałem się że to dopiero początek... Moja Żona ciągle na telefonie call center na całego Widzę że organizatorzy nie mają łatwo. O 21.30 wpada Michał i mówi, że jedziemy.

Wsiadamy na rowery. Trochę się rozbudzam. Potrzebuje red-bulla. Bojar mówi, że nie ma czasu, że musimy jechać. Gdzie jedziemy? "Do Ursusa odpowiada wylewnie Bojarski". Jedziemy równo 20 minut na Opieńskiego. Po drodze w nocnym "Zbyszko" (właśnie tam dostałem pierwszy porządny wpierdziel...) zaliczam Tigera i czuje się naprawdę jak młody Bóg... Teraz jedna przecznica na Opieńskiego. Tam totalna zaskoczka. Bardzo dużo ludzi. Przyjeżdżają kolejni zawodnicy. Parę nowych twarzy z Alleypiasta, ale też starzy znajomi: Domino, Bartek, Chałupko, Marian. Nie ma Janka i Jerzego domyślam się, że pewnie obstawiają jakieś punkty.Grześ rozdaje szprychówki i mapy.

Pierwszy punkt. Kotłownia. Jadę jako pierwszy. Wyjmuje kartkę. Po pierwszym zdaniu już wiem jaki to będzie Alley. Same stare kąty. Wiem, że nie będę musiał patrzeć na mapę. Staję na pedałach i na pamięć jadę skrótem przez podwórka. Tędy chodziłem kilka lat do szkoły. Nie myślę, tylko kręcę. Z zaskoczeniem odkrywam, że nic się nie zmieniło. Szukamy kartek na stawie i kolejny punkt. Górka za kościołem. Wszyscy jadę ulicą, ja znowu skrótem. Pod prąd, podwórkami. Euforia. Nie myślę nad drogą. To dzieje się samo. Dziwne uczucie, bo od kilkunastu lat przecież tu mnie nie było. A jednak wszystko się pamięta. Robot jedzie dalej. Mam przeczucie, że wygram ten wyścig.

Na górce jestem pierwszy, biorę kartkę i w połowie parku mija mnie brygada. Uciekam im, jadę trawnikiem, żeby szybciej wyjechać z parku. I tutaj daje znać o sobie moje upośledzenie nawigacyjne Skręcam w Spisaka w zła stronę. Co za porażka! Nadrabiam jakieś 2 kilometry, bo dojeżdżam aż do Alej. Na szczęście wszyscy pojechali w ciemno za mną. No to sobie pojeździliśmy.Zawracam. Sprint na rurki z kremem. Następny punkt to korty tenisowe. Wiele lat spędziłem na tych kortach. Jedzie ze mną Marian. Z Marianem trochę się w życiu najeździłem na rowerze, więc całkiem przyjemnie. Bez problemu znowu pierwsi docieramy na stadion i pędzimy skrótem przez park do Linei. Z Linei do SP14. Znowu upośledzenie daje o sobie znać, bo zamiast na 14 pojechaliśmy najpierw na SP4. To bez znaczenia, bo i tak jesteśmy pierwsi. Na boisku długo szukamy kartki. Ale na tym boisku razem z Bratem grałem w kosza po kilka godzin dziennie przez parę lat. Skacze przez płot i idę pod kosz. Są. Teraz do Pindora. Zero problemu. Dogania nas jeszcze kilka osób, więc do sklepu ato-moto jedziemy ekipą. U Pindora zbieramy karteczki i jedziemy do Pirsa. Tutaj chodziliśmy z przyjacielem na wagary i graliśmy w bilard całą podstawówkę. Hotel prowadzi sąsiad przyjaciela. Znowu same dobre wspomnienia.

Wybieram tradycyjnie za długą drogę do hotelu. Na szczęście jedziemy wszyscy w grupie, więc to nie robi różnicy. To długi odcinek i dajemy z siebie wszystko na trasie. Pod Pirsem byłbym drugi, ale Grzesiek skręca w złą stronę w Regulską. Znowu jako pierwszy pod hotelem biorę karteczkę. Teraz Piastów. Chyba wiem gdzie mieszkają moi Rodzice Nie zastanawiając mijam dojeżdżających do mnie zawodników i wycinam Piastowską. W połowie drogi czuje że ktoś siedzi mi na kole. Odwracam się Brzoza. Chcę mu uciec, ale nie daje rady. Ma chłopak kopyto. Dojeżdżamy do stacji PKP Piastów i zbiegam z rowerem po schodach. Słyszę, że Brzoza coś gubi. Może mu ucieknę. Nic z tego, dogania mnie. Bierzemy karteczkę z Mazowieckiej i jedziemy na Malichy. Niestety nie wzięliśmy podpisów. Powinny być punkty karne. Ratuje nas tylko to, że dostaliśmy parę dodatkowych punktów za jazdę na czerwonym świetle, ulicą jednokierunkową pod prąd i wymuszanie pierwszeństwa na radiowozie. Brzoza mnie wyprzeda i teraz ja mu siedzę na kole. Ale widzę, że też nie daje rady mi uciec. Malichy to już nasz teren.

Stacja Malichy, No jest nieźle. Tylko hotdogi jeszcze zimne. Chłopaki proponują żeby zjeść jak skończymy wyścig. Chamy nie chcą powiedzieć ile jeszcze punktów do zaliczenia i gdzie meta. Gadamy chwile, ale mimo to nikt nas nie dogania. Ustalamy między sobą, ze jedziemy wygrać wyścig i wrócimy za parę minut na ciepły i zdrowy posiłek.

Bierzemy namiary na następny punkt. Przedszkole na Sadowej. No to sprint. Brzoza siedzi na kole. Ja jadę na maksa. Zbieramy karteczki i wiadomo, że koniec u mnie pod domem. Wyciskam ile się da, ale niewiele się da. Na końcówce Brzoza wyprzedza mnie o jedną długość roweru, ale "po znajomości" mój Brat wpisuje nas ex equo na pierwszym miejscu.

Jedziemy teraz na WKD po hotdogi. Nie chce mi się jeść, poza tym muszę złamać wielkopostne postanowienie, że nie jem nic po 18.00. Dlatego zjadam tylko dwa hotdogi. Jest oczywiście małe zamieszanie z ochrona zabytkowego obiektu jakim okazał się przystanek WKD. Ochrona przegania chłopaków bliżej w stronę ulicy. Zaraz przyjeżdża policja. Atakuje Policjantów i z buta proponuje po hotdogu, tłumaczę, że mam urodziny. Składają życzenia, jeden wcina hotdogsa. Strasznie miło. W taki dzień wszystko się udaje.

Przenosimy się na Sadową 4 do mojego domu. Tutaj grill, bezalkoholowy szampan i tort od mojej Mamy. Siedzimy na podłodze, gadamy, gramy na instrumentach, wcinamy parówy. Ostatni goście wychodzą o 3. Nawet nie chce mi się spać. Usypiam jeszcze przebudzone przez gości dziecko i zasypiam na podłodze w dziecięcym pokoju.

Bawiłem się świetnie. To była naprawdę sentymentalna podróż po starych śmieciach. Nie da się chyba opisać czystej nieskrępowanej radości z rywalizacji, emocji aktywowanej przez jakże przyjemne skojarzenia z dzieciństwa. Wspaniała zabawa w najlepszym stylu. W moim stylu. Dałem z siebie wszystko i dostałem wszystko co chciałem.

Prawdopodobnie najlepsze urodziny w moim życiu. Zapamiętam je na pewno na długo.

MC (jubilat)

Wybierz rok:

Wybierz miasto:

Następny alleycat odbędzie się w przyszłości...
Puchar Alleypiasta
Podsumowanie alleycatów odbywających się w danym sezonie.
Alleycat to nieformalne zawody rowerowe. W tym wyścigu bardziej liczy się spryt niż sprawność fizyczna...