Alleycaty

Halloween Alleypiast

Piastów, 31.10.2004

» Halloween alleycat

Ostatni dzień października. Parę minut przed 20.00. Osiedlowa uliczka tonie w ciemnościach. Od czasu do czasu mrok rozświetlają snopy iskier krzesane blokami trącymi o asfalt przy prędkości 40 km/h. Taka zabawa, bo organizator się spóźnia. Trwa jeszcze ostatnia kontrola punktów halloweenowego alleycata w podwarszawskim Piastowie. Rozglądam się dookoła. Dostrzegam kurtkę "Warsaw Car Killers". Nie mam wątpliwości, kto dziś będzie głównym rozgrywającym.

W pół do dziewiątej pojawia się Grzesiek. Organizator wyścigu. Jest wyraźnie zaskoczony liczbą zawodników. Jest nawet kilka dziewczyn. Zrzucamy się na nagrodę dla zwycięzcy. Grzesiek inkasuje kasę i szybko tworzy listę startową. Potem mówi: "Wieża ciśnień".

Konsternacja. Gdzie to jest!?. Zaczynam coś kojarzyć. Inni są jednak szybsi. Widzę jak ktoś rzuca się w szaleńczym tempie w dół ulicy. Wskakuję na rower i pędzę za nim. Po 500 metrach siedzę mu na kole. Jest na góralu, a ja na szosówce. Czuję za sobą ogon. Wyprzedzam górala i wjeżdżam na wiadukt nad torami. Błąd! Góral i duża grupa innych zawodników skierowała się do przejścia podziemnego. Uświadamiam sobie, że jadąc wiaduktem nadłożę drogi, ale nie zawracam. Naciskam na pedały i już po drugiej stronie torów wpadam w uliczkę z zakazem wjazdu. Na szczęście nic nie jedzie z przeciwka. Jeszcze parę zakrętów i widzę błyskającą w ciemnościach grupę czerwonych świateł. Jest wieża! Kilka osób pędzi prosto na mnie. Słyszę jak wołają: "TESCO  Księga Umarłych".

Robię zwrot i jadę za nimi. Przy TESCO jestem jako jeden z pierwszych. Tutaj problem. Nie ma księgi. Przebrane za duchy i wilkołaki dzieci, biegające wokół sklepu, też nic nie kojarzą. Ktoś mówi żeby wejść na halę. Widzę, że nadjeżdżają już inni. Rzucam rower przed sklepem i wzbudzając zamieszanie wśród ochroniarzy wpadam do środka. Biegnę do działu z książkami. Ktoś tu już dotarł przede mną! Wybiegający zza półek gość mówi, że nie ma tam żadnej "Księgi". Robię w tył zwrot i wypadam ze sklepu. Znowu błąd! (Ale o tym miałem się przekonać dopiero za jakiś czas.) Na parkingu krąży nerwowo prawie cała stawka zawodników. Robię coraz większe koła próbując znaleźć jakiś punkt, który naprowadzi mnie na ślad "księgi". Nagle widzę, że siedzące do tej pory na krawężniku zawodniczki, zaczynają wolniutko gdzieś jechać. Wyczuwam podstęp. Tak samo chyba czuje grupa, bo za dziewczętami jedzie już piętnastu facetów.

Po 300 metrach peleton prowadzi już tylko jedna dziewczyna (gdzie znikły pozostałe?), ale za to podobno ma kartkę z namiarami na następny punkt. Dziewczę milczy jak zaklęte. Jedziemy 15 km/h. Ktoś nawet rzuca, że zamiast wyścigu mamy Masę. Faktycznie atmosfera robi się piknikowa. Przyklejony do grupy niczym pijawka czuję narastającą frustrację. Nie znalazłem jeszcze żadnej kartki. Jadę nie wiadomo gdzie. Nie wiadomo nawet czy dziewczyna nie kłamie. Koszmar. Dojeżdżamy na jakieś odległe osiedle gdy zawodniczka wreszcie przemawia. Checkpoint jest gdzieś w okolicy. Gdzie? Nie wie, albo nie chce powiedzieć.

Ludzie rozjeżdżają się w różne strony w poszukiwaniu kolejnej wskazówki. Nagle, spomiędzy bloków wyjeżdża ktoś krzycząc, że jest punkt, ale żeby dostać namiary na następne zadanie trzeba wcześniej wziąć kartkę z TESCO. To jest kropla, która przelewa czarę. Mam już dość jeżdżenia za grupą. Postanawiam wrócić po "Księgę Umarłych" i ukończyć wyścig samodzielnie. Wstaję z siodełka i grzeję z całych sił z powrotem do sklepu. Jest dla mnie oczywiste, że "księga" była w dziale z książkami. Dlaczego wtedy zawróciłem?!

Prędkość rośnie. Na liczniku mam już dobrze ponad 40 km/h. W oddali widzę światła hipermaketu. Nagle czuję, że ktoś mi siedzi na kole. Cisnę mocniej. Nic z tego. Za chwilę zostaję gładko faknięty przez 5 osobowy pociąg. Killersi. Jestem pewien, że też jadą do TESCO.

Na wysokości sklepu, zamiast w prawo, grupa skręca w lewo. Olśnienie! Chłopcy wiedzą gdzie jest czwarty checkpoint... Walczę przez chwilę sam ze sobą i w końcu po raz kolejny ulegam instynktowi stadnemu. Też odbijam w lewo. Grupę dochodzę na przystanku kolejki. Widzę niepewność na twarzach. Ktoś trzyma w ręku plik kartek. Daje mi jedną. Tekst mówi jak dotrzeć do punktów 4,5 i 6. Przy czym, aby dostać się do szóstego trzeba zdobyć dodatkowe informacje na czwartym i piątym. Natychmiast stwierdzam, że jesteśmy w złym miejscu. Proponuję wspólną jazdę, ale towarzystwo trochę niepewnie kręci się w kółko. W końcu decyduję się jechać sam. Nareszcie coś mądrego! Dzięki temu zyskuję przewagę, której nie tracę aż do końca wyścigu! Po trzech kilometrach dla pewności obracam się za siebie. Nieprzenikniona ciemność. Nikt za mną nie jedzie...

Poruszam się po kompletnym odludziu. Daleko przed sobą dostrzegam migające czerwone światełko. Dość szybko orientuję się, że to jeden z zawodników. Staję na pedałach i po chwili dystans zmniejsza się do 200 m. Wtem zza zakrętu wypada samochód na długich światłach. W czaszce kłująca czerwono-niebieska eksplozja. Oślepiony jadę jeszcze z 50 metrów i wjeżdżam w potężną dziurę w asfalcie. Siła uderzenia jest tak duża, że puszcza mostek i kierownica obraca się o dobre 30 stopni. Muszę się zatrzymać i przekręcić ją do prawidłowego położenia. Na szczęście za chwilę znowu jadę. Po minucie łapię uciekającego bikera.

Doścignięty kolega proponuje mi współpracę. Zgadzam się pomimo, że on jest na góralu, a ja na kolarce. W tych nieprzeniknionych ciemnościach raźniej pedałuje się we dwójkę. Gdy ruszamy razem do punktu nr 4, słyszymy cichy syk. Dopiero teraz orientuję się, że w wpadając w dziurę złapałem też gumę. Decyduję się dociągnąć do punktu kontrolnego i tam zmienić dętkę. Tak jedziemy dobre 500 metrów. Dalej jechać się nie da. Zmieniam dętkę, a w tym czasie kolega szuka punktu. Okazuje się, że go minęliśmy. Trzeba wracać. W zdenerwowaniu pompując dętkę marnuję połowę naboju, a więcej naboi nie mamy. Nie mamy też pompki. Jedziemy z powrotem, tyle że ja turlam się na flaku.

Po prawej stronie na górce odkrywamy malutki cmentarzyk. Kręci się już po nim dwójka innych bikerów. Niestety oni też nie mają pompki. Szukają nagrobka. Znajdująca się na nim liczba po odjęciu 27 ma być numerem domu, pod który trzeba dotrzeć w punkcie szóstym. Dość szybko lokalizujemy właściwy grób. Człowiek żył 37 lat co odjąć 27 daje 10. Wszyscy oprócz mnie błyskawicznie wskakują na rowery. Mój towarzysz ogląda się za mną. Mówię mu żeby nie czekał, zwłaszcza, że w oddali zaczęły błyskać światła kolejnej grupy.

Mijam kilku kolarzy. Na razie żaden nie może mi pomóc. Zaczynam podejrzewać, że będę musiał zrezygnować z wyścigu. W końcu jest pompka! Po trzech minutach okazuje się, że pomoc przyszła za późno. Druga dętka też już jest przebita. Zemściła się jazda bez powietrza. Przede mną perspektywa biegania w ciemnościach od punktu do punktu za gośćmi na szosówkach. Jak dla mnie zbyt ekstremalne. Wycofuję się. Koledze od pompki mówię jaki numer znalazłem na cmentarzyku. Może od razu jechać na punkt 5 czyli miejsce pamięci powstańców. Biorę kolarkę na plecy i rezygnując z zaliczenia piątki wracam do domu ścieżką wzdłuż rzeki. Przede mną ładnych parę kilometrów marszu...

Wędrując na skróty przez jakieś chaszcze rozmyślam nad wyścigiem. Uświadamiam sobie, że wracając do domu będę przechodził gdzieś w okolicach punktu szóstego, którym jest dom na ulicy... No właśnie. Jakiej? Zgodnie ze wskazówkami nazwa ulicy miała powstać z pierwszych liter sześciu nazwisk wykutych na nagrobku powstańców z punktu piątego. Siadam na trawie i wyciągam mapę. Na wskazanym osiedlu są tylko 3 ulice sześcioliterowe: Górska, Sadowa i Daleka. Pierwszą ze zrozumiałych względów natychmiast eliminuję. Pozostają więc tylko dwie...

Zrywam się z trawy. Postanawiam jeszcze powalczyć. Przede mną ok. 1,5 km forsownego biegu podmokłą łąką z rowerem na plecach. Gdy wpadam na osiedle tętno wynosi 190 bps i czuję się tak jakbym miał za chwilę zejść. Czuję płynące po plecach strużki lodowatego potu. (To znaczy tak mi się wydaje, bo potem okazuje się, że to nie pot tylko napój wyciekający z niedomkniętego bidonu).

Na osiedlowych uliczkach, gładki asfalt. Dochodzę do wniosku, że wolę już chyba jazdę na samych obręczach niż dalszy bieg. Wsiadam na rower i okazuje się, że... jest nadspodziewanie dobrze. Trzęsie niemiłosiernie, rower wydaje odgłosy niczym drezyna kolejowa, ale tętno spada mi do 140 bps a szybkość poruszania rośnie do 20 km/h. Ponieważ jak się okazuje ulica Daleka nie ma chyba nawet numeru 10 jestem już pewien, że punkt szósty jest na Sadowej! Po minucie docieram do celu i ... spotykam mojego towarzysza, którego po złapaniu gumy puściłem przodem. Pojechał mocno na około. Szukamy informacji. Jest na słupie przy bramie. Następny cel to też cmentarz.

W 5 minut jesteśmy na miejscu. Dojeżdżając widzimy, jak ktoś już pędzi w kierunku Piastowa. Za chwilę zza nagrobków wyłania się Grzesiek. To już prawie koniec tego dziwnego alleycata. Ostatni etap wiedzie do opuszczonej willi w której straszy. Pytamy ile osób było na punkcie przed nami. Tylko cztery! Spotkany kolega ogląda się na mnie. Nie ma sensu żeby się dalej spowalniał. Wkrótce znika w mrocznej, cmentarnej mgle... Jeśli chodzi o mnie to z każdą minutą staję się ekspertem od jazdy na flaku. Ostatnie kilometry pokonuję niewiele wolniej niż jadąc na góralu w normalnych warunkach. Na metę dojeżdżam jako szósty, dobre dziesięć minut przed kolejną grupą!

Nie jestem pewien czy zaliczyć sobie ten wyścig. Ominąłem przecież punkt 3 i 5. Z drugiej strony, fakt, że mimo nieoczekiwanych przygód w końcu jednak dotarłem do mety daje mi wystarczającą satysfakcję.

A sam alleycat? Jest jedno takie słowo na "z"... Z...nakomity! ;-)

zerozeroseven

Wybierz rok:

Wybierz miasto:

Następny alleycat odbędzie się w przyszłości...
Puchar Alleypiasta
Podsumowanie alleycatów odbywających się w danym sezonie.
Alleycat to nieformalne zawody rowerowe. W tym wyścigu bardziej liczy się spryt niż sprawność fizyczna...