Alleycaty

Alleypiast Adventure

Piastów, 05.12.2004

» Santa Claus Adventure

Jeszcze jeden obrót i czuję jak żyły zalewa fala mlekowego kwasu. Serce szaleńczo kurczy się i rozkurcza, rozprowadzając potop krwi po mięśniach krzyczących o tlen. Światła latarń zlewają się w jaskrawą, rtęciową plamę. W uszach dudni. Sto osiemdziesiąt, sto dziewięćdziesiąt... Brakuje powietrza. Bolą nogi, ręce. Całe ciało płonie, trawione niewidzialnym płomieniem i tylko na policzkach czuję lodowate łzy wyciskane przez ostry, grudniowy wiatr.

Patrzę za siebie i ciągle widzę migające, zimnobiałe światło pięciu diod. Jest zbyt blisko by dalej uciekać. Trzy kilometry prostej, asfaltowej szosy, pod wiatr nie daje mi żadnych szans. Dalej pojedziemy już razem, do samej mety. Nie udało się, ale przynajmniej próbowałem. Nie zwalniam. Wiem, że za chwilę odpocznę. Gdzieś w głowie widzę niewyraźnie trasę. Plątanina mrocznych ulic, przypomina miedziane ścieżki na bakelitowych płytkach. Rozumiem zarys i logikę, ale nie mogę dostrzec szczegółów. Nie znam nazw. Nie jestem pewien miejsc. Zdaję się na szczęśliwy traf, intuicję. Dlatego nie wziąłem ze sobą mapy. Mam tylko rower. Za plecami słyszę przyśpieszony oddech i słowa: "To tutaj" - goniący mnie Konrad rozpoznał kolejny checkpoint. Z ciemności wyłania się ponury budynek z czerwonej cegły. Hitlerowski "Dulag 121". Czuję dreszcz i nie wiem czy to wina aury tego miejsca czy zimnej grudniowej nocy.

Hangary Ursusa. Godzina 20.20. Początek wyścigu. Nonsensowna ulica Posąg 7 Panien, przecinająca na pół rozkładające się trzewia umarłego kolosa. Krajobraz pustych hal fabrycznych, zalanych trupim światłem. Mroczne przejścia i studnie wypełnione wodą. W oleistych kałużach odbijają się oczodoły przemysłowych kamer. Gdzieś tu właśnie był pierwszy punkt. Dwa metry pod ziemią. Metalowe wrota prowadzące donikąd. Znałem je wcześniej. Byłem przy nich jako pierwszy. Szybko zerwałem kontrolkę i rzuciłem się w poszukiwaniu premii - wieży obserwacyjnej. Po drodze dziwna rozmowa ze spotkaną gdzieś między halami postacią:

- Przepraszam, czy wie pan gdzie znajduje się wieża obserwacyjna?

- Wieża?

- Tak, wieża obserwacyjna.

- Zakłady są nieczynne

- Wiem, czy kojarzy pan jakąś wieżę na ich terenie?

- Jak pan się tu dostał?

- Tak samo jak pan. Wjechałem.

- Dlaczego pan jeździ?

- Szukam wieży obserwacyjnej.

- Co pan konkretnie chce obserwować?

- Nic konkretnie. Wie pan gdzie jest ta wieża?

- Nie wiem, nie jestem stąd

- He, to co w takim razie pan tu robi?

- Szukam...

Nie chciałem wiedzieć czego szukał i nie chciałem z nim dalej rozmawiać. Poczułem się nierealnie. Zrezygnowałem ze zdobycia 15 minutowego handicapu i pojechałem na punkt numer 2.

PKP Józefinów - nie zatrzymywał się tu nigdy żaden pociąg, bo nie była to nigdy stacja. Szary budynek. Zapomniany, niczym bezludna wyspa w oceanie szyn rzucających zielonkawe refleksy. Gdzieś tu był następny punkt kontrolny. Gdy po podbiegłem do ściany budynku, spojrzałem w górę. W milczeniu przyglądała mi się dróżniczka. Nie widziałem twarzy, ale wiedziałem, że na mnie patrzy. Uważnie. Gdy szukałem kartek dołączył do mnie Konrad. Zobaczyłem go już wcześniej po drugiej stronie torów. Spytałem o wieże. Też ich nie znalazł.

A teraz jesteśmy razem tutaj. Dulag. Wymarły, zniszczony kompleks warsztatów kolejowych. Kilka firm spedycyjnych. Przeskakujemy przez niski płot z podkładów kolejowych i biegniemy w kierunku niewielkiej górki. Szukamy wejścia do piwniczki, jednak to nie tu. Chwilę kręcimy się bezradnie i dostrzegamy ziemiankę! Jest za ogrodzeniem z siatki, po drugiej stronie budynku. Z daleka już widzę bielejące w ciemnościach kartki.

Jedziemy dalej. Straszą nas bezludne uliczki starego Pruszkowa. Mijamy zmurszałe kamienice i ubłocone, brudne podwórka. W światła naszych lampek łapiemy fosforyzujące oczy bezpańskich kotów. Powoli opuszczamy miasto. Punkt kontrolny na żbikowskich gliniankach zaliczamy niemal w biegu i jedziemy na ulicę Zbikowską 56. Nieoświetlona szosa szybko znika pod naszymi kołami. Wreszcie z wiatrem! Idzie zaskakująco łatwo. Pojawia się numer 40. Jeszcze kilkadziesiąt metrów i. nr 14. Jesteśmy w innej miejscowości. Zawracamy do ostatniego zakrętu. Znowu numer 40. Aż do bólu wpatrujemy się w nieprzeniknioną ciemność za zakrętem. Trochę na prawo majaczy jakby kilka chałup otoczonych, rzadkim owocowym sadem. Rozdzielamy się w poszukiwaniu nr 56. Z duszą na ramieniu jadę w kierunku nikłego światełka między drzewami. W obejściu ujada pies. Słychać grzechotanie łańcucha i głuche szarpnięcia. Jestem przy bramie. W wąskim kręgu światła gołej, 20 watowej żarówki, błyskają kły i biała piana cieknąca z pyska. W progu domu stoi kobieta w chustce i zabrudzonym fartuchu. W jednej ręce ma białą, plastikową miskę pełną ziemniaczanych obierzyn, a w drugiej długi nóż. Przypatruje mi się, a może nawet coś mówi. Skowyt psa zagłusza wszystko. Przypomina mi się postać w fabryce. Nie pytam o poszukiwany dom, wracam do zakrętu szosy.

Konrad ma więcej szczęścia. Odkrywa dziurawą, szutrową drogę, która prowadzi nas w kierunku Konotopy. Uświadamiam sobie, że za dużo czasu straciliśmy w tym miejscu. Oglądamy się za siebie. Pościgu nie widać, ale dla pewności gasimy czerwone diody. Wkrótce znajdujemy punkt kontrolny. Droga robi się coraz lepsza i wreszcie szuter przechodzi w asfalt. W oddali przed sobą widzimy białe światła. Mijamy trzyosobową grupę jadąca z przeciwnej strony. Oceniam, że nie mają szans nas dogonić, jeśli tylko nie zgubimy się przy kapliczce - ostatnim punkcie wyścigu. Kontrolki są w jednym ze stojących przy krzyżu zniczy. Szkoda, że nie mamy zapałek. Resztę lampek zgasił porywisty wiatr. Na metę wjeżdżamy jako pierwsi. Bez walki na finiszu. Szkoda psuć nastrój szarpaniną o sekundy.

Podsumowanie: Piastowskie alleycaty, mają niesamowity, metafizyczny klimat. Nieporównywalny z niczym czego do tej pory zaznałem. Winny jest temu szczególny postindustrialny krajobraz, dekadencja zubożałych przemysłowych dzielnic, rolniczy charakter okolicznych wsi. Takie zderzenie przydrożnej kapliczki z kamerą przemysłową. Na to wszystko nakłada się duży wysiłek, który chyba nieco zawęża świadomość. W konsekwencji zdarzenia odbiera się poszarpanymi obrazami, symbolami. O piastowskim alleycatcie najlepiej opowiedziałby komiks.

Impreza świetnie pomyślana i dobrze poprowadzona. Widać doświadczenie i pasję organizatorów w tym co robią. Może jak na mikołajkowy wyścig miejsca były trochę za ponure. Pasowały bardziej do jakiegoś Dracula Adventure ;-) Ale stereotypy trzeba przełamywać. Dlaczego niby Mikołaj ma mieć czerwony płaszcz i kartoflany nos, a nie czarną pelerynę i białe kły? Zresztą widziałem jednego klasycznego Mikołaja przyczepionego do dachu jakiejś hali w Ursusie, więc tradycji stało się zadość. No i jeszcze jedna rzecz, dla której będę pamiętał właśnie ten wyścig. Wspólnie z Konradem udało mi się go wygrać :-)))

zerozeroseven

Wybierz rok:

Wybierz miasto:

Następny alleycat odbędzie się w przyszłości...
Puchar Alleypiasta
Podsumowanie alleycatów odbywających się w danym sezonie.
Alleycat to nieformalne zawody rowerowe. W tym wyścigu bardziej liczy się spryt niż sprawność fizyczna...